
Nasza hodowla jest małą domową hodowlą, założoną w 2001 roku. Z kotami mamy do czynienia od urodzenia... czyli w przypadku Mamy Uli i Taty Michała od jakichś 50 lat. Pierwszy bliski kontakt z kotami Vivaldi miał ok. 30 lat temu, kiedy to zazdrosna kotka Nina skakała mu na plecy, ilekroć dała radę podejść ludzkie kocię z tyłu. Od tego czasu Vivaldi z uporem usiłuje zgłębić tajemnice kociej natury, co koty kwitują pobłażliwymi uśmieszkami.
Początkowo mieliśmy w planach hodowlę samych syjamów, ale wkrótce plany poszerzyły się o pokrewne rasy: koty balijskie, czyli długowłose syjamy i koty orientalne, czyli syjamy wybarwione na całym ciele, a nie tylko na końcówkach. Rasy te można krzyżować.
Kładziemy duży nacisk na aspekty zdrowotne hodowli i pełne przystosowanie kociąt do ludzi i innych zwierzaków. Nasze koty żyją razem z nami, dzięki czemu możemy je wychować tak, by swoim potencjalnym nowym poddanym nie sprawiały żadnych problemów. Właśnie, wyjaśnijmy sobie jedno od razu - kot syjamski lub pokrewny nie staje się własnością człowieka, to raczej człowiek staje się jego poddanym. Dzięki wyjątkowej inteligencji, i doskonałemu przystosowaniu do życia w stadzie, syjamów (balijczyków i/lub orientów), ludzie poddani ich władzy bardzo sobie to chwalą i nie mają trudności z zaakceptowaniem tego stanu rzeczy.
Celem hodowli jest uzyskiwanie kociąt zdrowych, stabilnych psychicznie i zgodnych z obowiązującymi standardami rasy. Trzon naszej hodowli stanowią koty ze sprawdzonych linii i nie mamy najmniejszego zamiaru "wzbogacać" tych linii tylko w oparciu o aktualne mody kolorystyczne, wybiegające daleko przed orkiestrę modyfikację położenia uszu. Inteligentne i przyjazne wszystkiemu co żyje syjamy (i rasy pokrewne) zyskują od pewnego czasu reputację kotów agresywnych i trudnych we współżyciu, co wydają się podkreślać niektóre incydenty na wystawach. Nieodpowiedzialne dążenie do uzyskania kotów "ekstremalnych" w typie, bez oglądania się na możliwe skutki uboczne w postaci kotów przenoszących wady genetyczne i niestabilnych psychicznie, doprowadziło do nieprzyjemnej sytuacji, kiedy to zanika dobra praktyka hodowlana oparta na dążeniu do zrównoważonego modelu kota.
Takim tendencjom nie zamierzamy się poddawać, dla nas kot istnieje jako całość, oprócz uszu ma także ogon, łapki, tułów, słodki pyszczek, wielkie bystre oczy i olbrzymie serce dla wszystkich domowników.
Moją pierwszą kotkę i jej rodzeństwo ujrzałem po raz pierwszy na poznańskiej wystawie w listopadzie 2001 roku. W sumie to najpierw ich usłyszałem... duże legowisko w kolorze lila pełne smukłych łapek, ogonków, i pyszczków z wielkimi niebieskimi ślepkami, "śpiewało" tak głośno, że słychać je było w całej hali. Kociaki, jak i hodowczyni, p. Maria Szłapka, byli najbardziej komunikatywnymi uczestnikami całej imprezy... i wtedy właśnie dotarło do mnie, że moim przeznaczeniem jest stać się poddanym kota syjamskiego. Wraz z tą świadomością w naszym domu zamieszkała królowa - niebieska syjamka, Nevada Lacara PL.
Czas płynął, Nevada dorastała. Czuliśmy nieodpartą potrzebę podzielenia się z innymi ludźmi radością wynikającą z codziennego życia z naszą kotką , jej urodą, cudownym charakterem i głębokim błękitem jej wielkich oczu. Z tego powodu trafiliśmy razem z Nią na wrześniową wystawę 2002 roku we Wrocławiu. Ponieważ naszej władczyni wystawa się nie spodobała, w ramach rozrywki urządzaliśmy spacery po terenie imprezy z kotką na ramieniu. W efekcie:
Ciekawie też wypadła ocena naszej kotki - sędzina Rihova po sprawdzeniu futerka doszła do wniosku, że Nevada jest wariantką - czyli kotką krótkowłosą niosącą w genach długi włos. Faktycznie, Nevada ma w rodowodzie balijskiego dziadka. W toku dalszej działalności wystawowej kotka uzyskała tytuł Championa, ale jako że wystawy wpędzały ją w stres, doszliśmy do wniosku, że to wystarczy.
Nevada dorosła, do tego Championka, czas na dzieci. I tu zgrzyt - Nevada na wyjeździe raczej bije niż zachęca kocura. Potrzeba więc kocura na miejscu...
Z wolna dojrzewaliśmy do tego, żeby ściągnąć kocicy jej własnego męża. Ponieważ w dalszym ciągu byliśmy zafascynowani Cecylem, a wariantowość Nevady dawała możliwość hodowli balijczyków, zdecydowaliśmy się na takiego właśnie kocura. Mieliśmy szczęście - akurat urodził się miot C w hodowli "z Valimaru", a w nim niebieski kocurek Cuivienen. Idealnie pod kolor i długość futra Nevady. Po wielu zabiegach i długich staraniach Willy pojawił się u nas w domu. Pierwszą noc przespał za łóżkiem mojej siostry, a rano został obsyczany przez swoją przyszłą żonę (ciekawe, Frącek ma teraz podobnie). Bardzo gadatliwy i aktywny szybko stał się ulubieńcem widzów na różnych imprezach felinologicznych. Z uwagi na szybkie dojrzewanie naszego czołowego pieszczocha, i jego nieodpartą skłonność do prób krycia Nevady, zablokowaliśmy mu dostęp do tej ostatniej dość radykalnie - Nevada została pokryta innym kocurem, czekoladowym pręgowanym syjamem, IC Filemon Orisiam Dream PL. Ciąża i czas karmienia dały Nevadzie nieco wytchnienia od zalotów naszego jedwabiście futrzastego ambasadora czeskich kotów na Buk. Willy zrezygnował z prezentowania postawy macho i zajął się troskliwą opieką nad kociakami, jakby przeczuwając, że w tym miocie dorasta mu kolejna żona.
Z pierwszego miotu w naszej hodowli w domu została jedna z kotek, tak samo jak jej matka, syjamka z oznaczeniami niebieskimi. Rozpieszczona przez Nevadę i swojego przyszłego męża, a także przez nas, została niekwestionowaną perłą Michałków - wprawiając się w rolę hodowlanej kotki przy pomocy praktycznego kursu obsługi kociąt naszego miotu B. Ten pierwszy miot sprawdzonej pary Willy - Nevada miał już trzy duże koty do obsługi... Rola matki tak się Luizie spodobała, że podkradała kociaki matce i usiłowała założyć własne gniazdo. Podobna historia wystąpiła też później - kiedy Nevada urodziła Michałkowy miot C, a Luiza donaszała miot D, kilkakrotnie zdarzało jej się podbierać kociaki matki. W końcu urodziła sama - obie kotki i siódemka kociąt przebywały w jednym legowisku, bo Luiza źle znosiła rozłąkę ze "swoimi starszymi" kociakami i nieco zaniedbywała swoje, co z właściwą sobie troskliwością poprawiała Nevada. Dość beztroskie podejście do kociąt w pełni ujawniło się, kiedy nasza perełka urodziła swój drugi miot, dlatego też kociaki od 5 tygodnia życia pozostawały pod czułą opieką babci Nevady. W tym też okresie nabrzmiał konflikt między kotkami, prawdopodobnie na tle hierarchii w stadzie. Luiza jako kotka niewątpliwie świetna w typie, komunikatywna, miła dla ludzi i bardzo dynamiczna ( przykazanie pierwsze: nie ma miejsca do którego nie można się dostać), okazała się jednocześnie słabą matką i skłonną do bójek egocentryczką. Odpowiedzialny hodowca nie powinien zapominać, że celem hodowli jest uzyskiwanie kociąt pięknych, ale też o właściwych cechach psychicznych... Luiza została wykastrowana, a kilka miesięcy później odeszła z naszego domu, by pędzić żywot kociej emerytki wśród chartów. Ale to już inna historia... Kiedy Luiza odjeżdżała, jej nowa opiekunka zapoznała się przy okazji z niezwykłym miotem F - Nevada powiła bowiem dziesiątkę kociąt, w tym nową żonę dla Willego.
Miot F został zaplanowany pod głębokim wpływem Fiony (wł. Biżu Apokrytos*PL) przebywającej wcześniej w naszej hodowli na kryciu. Ta czekoladowa koteczka jawajska uosabiała w naszych oczach cały szyk mandarynów, urok i wdzięk orientalnych kotów. Dlatego na ojca kolejnego miotu Nevady wybrany został czekoladowy pręgowany jawajczyk Xantos, a celem tego miotu było wyhodowanie czekoladowej lub czarnej orientalnej kotki. Xan spisał się nad podziw dobrze, Nevada po osiągnięciu monstrualnych rozmiarów gładko urodziła dziesiątkę kociąt. Najtroskliwsza z kocich mam miała nie lada kłopot z wykarmieniem tej gromady, po prostu nie nadążała z produkcją pokarmu. I dlatego następne cztery tygodnie zaczynały się dla nas od porannego karmienia o 4:30, a kończyły ostatnim karmieniem około północy. Jak na ironię, wśród takiej gromady kociaków nie było żadnej gładkiej koteczki... stąd pierwsza z naszych hodowlanych orientek jest pręgusem.
Fridy dorosły i zostały matkami, Nevada zasypała nas kolejną gromadą małych rozrabiaków. Willy kryje - uwielbia tę robotę, doszedł do wyjątkowej wprawy i chyba też świetnie się bawi...
wymarzona kotka Mamy Uli pojawiła się w miocie Fridy Luizy. Jak na ironię większość odwiedzających w tym czasie hodowlę dopytywała się o koteczkę z czarnym pyszczkiem... Nie była na sprzedaż. Spokojnie dorastała... chociaż nie, to było raczej niespokojne dorastanie:-), mała Julka była wszędzie. Albo nigdzie, bo świetnie wiedziała kiedy coś nabroiła.
Fascynacja przychodzi czasem niepostrzeżenie. Ogladane na wystawach rude orienty, czy też balijczyk z rudymi oznakami - Celeborn (prywatnie braciszek Willego), napotkały w pewnym momencie katalizator - Azraela. Sylwestry bywają różne, zawsze niepowtarzalne. Sylwester 2007 był szczególny pod wieloma względami - moze najważniejsze było w nim to, że po raz pierwszy obchodziłem go jako człowiek żonaty. Niewiele wcześniej, w piękny grudniowy dzień (pogoda jak na zamówienie, czy to taki bonus dla nowożeńców:-)) związaliśmy z Kasią swe losy. Tymczasem....
...Nevada powoli szykuje się do emerytury, ale na koniec kariery postanowiła zrobić prezent swemu dłogoletniemu partnerowi - urodzi dla niego żonę. Więc Vivaldi dostał polecenie znalezienia kocura, którego córka będzie godna zostać Michałkową koteczką... i tak oto zawitał do naszego domu Dino, najbardziej rudy z rudych i najbardziej pyszczasty z pyszczastych. A także miziak jakich mało...
Statystyka: 16-ty miot, 77 kociaków. Obok statystyki: praca, satysfakcja, radość i wyrzeczenia. Pucharki, medaliki, wystawy. Przyjaciele i wrogowie. (Tym ostatnim na pohybel). Historia dzieje się dalej...